DMC: DEVIL MAY CRY – RECENZJA GRY

dmc-devil-may-cry-recenzja_175by

Już ponad dziesięć lat temu ukazała się pierwsza gra z serii Devil May Cry. Zapoczątkowała niezwykłą markę, która przez lata zdobywała serca graczy na całym świecie. Główny bohater Dante stał się ikoną gier, dla której wielu oszalało. Lecz tak się działo dekadę temu, więc jak skutecznie odświeżyć tak znaną markę, aby trafiła do współczesnych odbiorców? Po prostu, tak jak to uczynił Capcom ze studiem Ninja Theory.

Ze shlasherami w swoim życiu miałem mało do czynienia. Udało mi się zakończyć takie tytuły jak Ninja Gaiden czy Ninja Blade. Sprawiały mi dużo przyjemności, jednak posmak „japońszczyzny” w grach nie do końca mnie porywa. I z takim przekonaniem siadałem do DmC przekonany, że dostanę typową, średnią „nawalankę”, w której ma się dziać dużo, więcej i jeszcze więcej, doprowadzając do ataków epilepsji, bólów głowy a co za tym idzie szybkie odłożenie gry na półkę. Lecz stało się to, co lubię najbardziej, czyli… myliłem się.

Na moim przykładzie świetnie ukazuje się strategia Capcomu. Nie chcą zagarnąć do siebie jedynie fanów serii, lecz na tyle zwiększyć przystępność gry, aby sięgnęli po nią nowi gracze, a nawet najwięksi wrogowie Dantego. I to widać doskonale. Uspokajam jednak doświadczonych i starszych fanów. Wszystko, co najlepsze z serii pozostało i cieszy dalej.

Nasz główny bohater to dalej stary, znany Dante (lecz wygląda nieco inaczej). Poznajemy go w barze ze striptizem, gdzie dość dobrze się bawi, po czym udaje się taksówką do domu. Nazajutrz budzi go piękna niewiasta, jeszcze mu bliżej nieznana i ostrzega o nadchodzącym niebezpieczeństwie. I w tym właśnie momencie całe otoczenie zaczyna przechodzić w wymiar demonów. Wszystko wywraca się dosłownie do góry nogami, zaczyna latać, przestaje istnieć coś takiego jak grawitacja, mamy wrażenie niezwykłej duchoty. Całkowicie abstrakcyjny wygląd świata demonów jest wręcz obłędny. Przepełniająca czerwień, soczyste barwy, gra świateł robią piorunujące wrażenie. A co najważniejsze nie jest to opłakane dużymi wymaganiami PC. Na konsolach również wygląda prześlicznie, lecz „blaszakom” lekko odstaje.

DMC-DevilMayCry_2013_02_12_13_26_42_503

I tu zaczynamy grę. Pierwsze, co rzuca się w oczy to sterowanie. Możemy oczywiście grać na klawiaturze, lecz z całego serca polecam pada. Już po pięciu minutach czujemy się jak starzy wymiatacze, z łatwością łączymy uderzenia w efektowne kombosy. Na początku jesteśmy oczywiście w pewnym zakresie ograniczeni. Z czasem zdobywania doświadczenia możemy odblokowywać kolejne umiejętności Dantego (od walki mieczem, bronią demoniczną Arbiter, bronią anielską Osiris czy pistoletami, po zwykłe umiejętności typu skok nad przeciwnikiem, czy odwrócenie jego uwagi).

Gra jest wymagająca, lecz tylko na wyższych poziomach trudności. Przechodząc grę na prawie najwyższym możliwym poziomie, ginąłem średnio raz na godzinę. Być może jest to spowodowane przyjaznym dla gracza paskiem zdrowia. Na pierwszy rzut oka wydaje się normalne, ale pojawiło się parę nowych wariantów. Jeśli umrzemy np. poprzez spadnięcie z mapy, zgon nie jest liczony do statystyk, jedynie z paska zdrowia ucieka nam mała jego część. Dopiero nieumiejętna walka z przeciwnikami może nas doprowadzić do ekranu game over. Jeśli zginiemy sprawa nie jest jeszcze beznadziejna. Savy rozmieszczone są stosunkowo często, lecz jeśli to nam nie wystarczy możemy (poprzez zakupione odpowiednie itemy) odrodzić się w miejscu polegnięcia z pełnym paskiem zdrowia.

DMC-DevilMayCry_2013_02_12_13_27_10_714

Nie ma oczywiście dobrego slashera bez walki z bossami. W DmC nie ma wyjątku, a starcia z największymi z największych są dopracowane i niezwykle efektowne, a co najważniejsze każda walka jest inna. Dzięki temu gra cały czas nabiera świeżości, dając nam kolejne dawki świetnej zabawy.

Cała fabuła gry krąży wokół typa zwanego Mundus. Jest to niezwykle potężny demon trzymający w garści cały realny świat, jego politykę, finanse. Na pierwszej scenie jesteśmy światkami jak grozi… prezydentowi. Dlaczego więc nikt się nie buntuje, a obywatele pozostają obojętni? Ponieważ ochoczo piją pewien napój Virility, który pierze im mózgi. Swoje trzy grosze dodaje również stacja Raptor News, w której niejaki Bob Barbas faszeruje obywateli propagandą, kłamstwami i innymi plugastwami. Jasne się staje, że naszym głównym celem jest się temu wszystkiemu przeciwstawić i w konsekwencji uratować świat. Całość gry podzielona jest na 20 liniowych misji (średni czas przejścia to 15 godz.). Podczas ich przechodzenia możemy odkrywać misje ukryte polegające na np. przemieszczeniu się z punktu A do B w czasie X, lub zabiciu wszystkich przeciwników w czasie Y. Do ich odblokowania potrzebne są klucze, które również wymagają odkrycia.

W trakcie gry nauczymy się takich umiejętności jak przyciąganie (dużych) obiektów, skakanie na duże odległości czy niczym Tarzan przelatywanie na linie nad przepaściami. W późniejszych misjach jest to podstawa, lecz wymaga to małego treningu. Wspomnę tutaj o arenie treningowej. Jeśli chcemy odblokować daną umiejętność (np. cięcie mieczem z półobrotu) możemy ją przećwiczyć na nieśmiertelnym przeciwniku, który daje się lać z każdej strony i nie ma nic przeciwko.

DMC-DevilMayCry_2013_02_13_14_23_45_938

Nie jesteśmy w grze osamotnieni. Będą nam pomagać Kat oraz nasz brat. Oczywiście pojawiają się jak wszystkie demony są już posłane do piekła(domu?) lub ich po prostu nie ma, a w walce zawsze musimy sobie radzić sami. A jaki mają wpływ na Dantego, skąd się wzięli i dlaczego tak im na nim zależy, dowiecie się spędzając przy grze kolejne godziny.

Rewelacją dla mnie jest świetne udźwiękowienie. Nadaje takiego dynamizmu grze, że autorom oprawy muzycznej, należy się bezalkoholowe z pianką na dwa palce. Klimat panujący w grze wchłania nas i dodaje do rozgrywki nutę magii, tego czegoś, czego brakuje większości współczesnych gier.

Devil May Cry polecam wszystkim tym, którzy lubią dobrą zabawę bez większego wysiłku szarych komórek. Możemy przy grze spędzić dużo godzin bijąc kolejne rekordy, ulepszając bronie czy samego bohatera. Capcom z Ninja Theory stworzyło grę wyróżniającą się z tłumu i bez owijania w bawełnę brawurową.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *